Dawno nie oglądałam czegoś, co wzbudziłoby we mnie tyle emocji! A wszystko zaczęło się podczas urlopu. Otóż Niedźwiedź uwielbia science-fiction wszelkiego rodzaju – czy to w formie gier, książek, planszówek czy seriali właśnie. Z racji tego, że miewamy wspólny rytuał wieczornych seansów, które wybieramy na zmianę, to zgadnijcie, jaki gatunek niemal zawsze wybierze Niedźwiedź. Otóż to – science-fiction. Byliśmy w trakcie oglądania jednego z wybranych przez niego seriali (Fundacji, która niestety mojej miłości nie zdobyła, mimo że pierwszy tom książki jak najbardziej w sobie rozkochał, ale o tym może kiedy indziej), kiedy zaproponował entuzjastycznie: „Tu na Apple’u jest jeszcze jeden serial, który brzmi jak coś, co chciałbym obejrzeć, Silos, chcesz zacząć ze mną?”. Uznałam, że na ten moment mam dość przyjmowanej dawki fantastyki naukowej, więc uprzejmie podziękowałam. Następnego dnia przy śniadaniu Niedźwiedź był tak zajarany produkcją, że opowiedział mi fabułę pierwszego odcinka. A było to na tyle fascynujące, że stwierdziłam – kontynuujemy wspólnie. I tej decyzji absolutnie nie żałuję.

Może to moje socjologiczne spaczenie, ale uwielbiam koncept utopii czy dystopii, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi post-apo. Bo co lepiej odkrywa przed nami esencję człowieczeństwa niż warunki ekstremalne? W Silosie mamy do czynienia ze światem zewnętrznym, który jawi się jako absolutnie niezdatny do zamieszkania. Dlaczego tak się stało? Tego nie wiemy, tak jak nie wiedzą tego bohaterowie serialu. Jedyne, czego są pewni, to że dany dzień nie jest jeszcze dniem, w którym mogą wyjść na powierzchnię. Na powierzchnię? A tak, bo mieszkają w wysokim, wkopanym pod ziemię silosie, czyli betonowej, walcowatej konstrukcji sięgającej absurdalnej ilości pięter, po której można poruszać się jedynie za pomocą schodów. Jeśli chcemy z kondygnacji na samej górze dostać się do podstawy, zajmie nam to co najmniej dzień.

Sam koncept ukazania społeczeństwa jako tworzącego jeden organizm ze środowiskiem, w którym przyszło mu żyć, jest moim zdaniem wyjątkowo obrazowy. W skali mikro podsumowuje to, co dzieje się na naszej planecie w skali makro. Jeden trybik maszyny zbuntuje inne na podstawie jakiejś idei, postanowi przejąć władzę i otworzyć właz zewnętrzny silosa, bo wydaje mu się, że to najlepsze rozwiązanie? Potencjalnie wszyscy mogą zginąć i około dziesięciotysięczna komórka, składająca się na resztki gatunku ludzkiego, przepada odprowadzana w pustkę chichotem wszechświata. W przypadku realnego świata w skali makro mamy przedsiębiorstwo, które kopci paliwami kopalnymi i wtłacza dwutlenek węgla do atmosfery, przyczyniając się do ocieplania klimatu. Efekt? Potencjalny koniec ludzkości. Ale kto by się tym przejmował, przecież mamy jeszcze tyle czasu. Otóż mieszkańcy silosa w o wiele mniejszej skali pokazują, że nie przejmując się „za bardzo”, skazujemy wszystkich na wyjątkowo tragiczny koniec.

Ale pojawia się pytanie, podsycane przez serial serwowaniem nam różnego typu wskazówek i odsłanianiem przesłanek – co jeśli władza nas oszukuje, zewnętrze jest całkowicie bezpieczne, a my siedzimy tu jak ci, za przeproszeniem, idioci, całkowicie podporządkowani, spędzając swój żywot bez żadnej konieczności w betonowym walcu? Na przestrzeni akcji serialu wielu śmiałków próbuje dotrzeć do prawdy, co najczęściej kończy się dla nich tragicznie, w otoczeniu takich czy innych okoliczności. W miarę jak akcja się rozwija, a na jaw wychodzą nowe szczegóły – raz kibicujemy tym zbuntowanym jednostkom, którym zależy na prawdzie, raz skupiamy się na bezpieczeństwie mieszkańców, raz krzyczymy w stronę ekranu, by coś koniecznie zrobili, potem dziękujemy sobie w duchu, że nas nie posłuchali i poszli swoją ścieżką. Ile tu jest emocji, ile razy po odcinku zbierałam szczenę z podłogi! Nie chcę rozpisywać się nad samą fabułą i przebiegiem akcji, bo to jest tego rodzaju serial, który jeśli wam w nawet najmniejszym stopniu zaspoileruję, to zepsuję całą zabawę. Najlepszą rekomendacją fabuły będzie fakt, że kiedy obejrzałam ostatni odcinek pierwszego sezonu, natychmiast zaczęłam szukać w Internecie kolejnego tomu książki, na podstawie której powstała ekranizacja, żeby dowiedzieć się, co się dalej stało. Bo ja nie wytrzymam do kolejnego sezonu! A nuż do tego Apple, podobnie jak wielokrotnie HBO, wbije mi nóż w serce przerywając produkcję serialu, kiedy nie wszystkie wątki zostały rozwiązanie (RIP Wychowane przez wilki, nigdy nie zapomnę!). Tu przynajmniej mamy jakieś podłoże w postaci literatury, którego będę mogła się chwycić, gdybym została pozostawiona przez Apple’a z przysłowiową ręką w nocniku.

A propos literatury właśnie. Oglądając Silosa moim pierwszym skojarzeniem była Paradyzja Janusza Zajdla. Tu również mamy do czynienia ze społeczeństwem, któremu znacząco ogranicza się migrację pomiędzy miejscem zamieszkania, a każdą inną lokacją. Tu też nie chcę wam psuć zabawy, co i jak, niemniej jeśli spodoba Wam się Silos, sięgnijcie po tę krótką, cienką książeczkę. Mimo swej rozmiarowej niepozorności, może Was mile zaskoczyć.

Polecajka krótka, bo naprawdę chcę uniknąć spoilerów. Silos to na tyle wciągająca historia, że po prostu, jak ja po opowieści Niedźwiedzia, dajcie szansę pierwszemu odcinkowi. Ten już was nie puści, przysysając do ekranu i kolejnych wątków, które serial dawkuje z diabelską precyzją. Zaufajcie mi, a myślę że nie pożałujecie.