Ostatnio tak to bywa, że czytuję książki popularnonaukowe. Jakby pod koniec roku człowiek próbował się przed samym sobą usprawiedliwić i wyrównać rachunek produktywności. Ostatnie miesiące były dla mnie burzliwe, więc potrzebowałam chyba poszukać ostoi w konkretach, w czymś niezawodnym, skatalogowanym, ale też w czymś co nie stara się udzielać jasnych, czarno-białych odpowiedzi na najważniejsze pytania – w nauce. Literatura ta dotyczyła głównie zagadnień psychologiczno-społecznych, bo taką mam akurat fazę. I tak ocierając się o literaturę popularnonaukową w tej tematyce wpadłam na Kiedy ciało mówi nie. Koszty ukrytego stresu autorstwa Gabora Maté, w polskim tłumaczeniu Piotra Cieślaka. Zasadniczo to nie wpadłam na nią – to książka wpadła na mnie. A konkretnie wpadła mi w oko, gdy kręciłam się po mieszkaniu mojego kuzyna, z którym spędzałam akurat czas. Była to nowa pozycja na jego „półeczce rozwojowej”, jeszcze nieprzeczytana. Zazwyczaj takich książek nie pożycza, ale akurat był w trakcie konsumowania innej, a to oznaczało szansę. Zapewniałam, że skończę czytać szybko – i tak zazwyczaj bywa. Raczej nie jestem jedną z osób, które książki trzymają pół roku, a w zasadzie to jeszcze ich nie tknęły, więc przetrzymają je jeszcze drugie pół. Zdążyłam sobie już zaskarbić zaufanie mojego kuzyna regularnym zwrotem wcześniej pożyczanych pozycji, więc książkę wróciła ze mną do domu. 

O ciele i psyche okiem medyka

Autor jest lekarzem, który próbuje wyjaśnić związki pomiędzy występowaniem pewnych chorób a chronicznym stresem, na który narażony jest pacjent. I nie mówimy tu o stresorach zewnętrznych, a raczej pewnych osobowościowych predyspozycjach, które sprawiają, że stresuje nas potencjalnie więcej rzeczy niż powinno. Autor podkreśla – nie można powiedzieć, że któryś typ osobowości wywoła jakąś chorobę; to pewne cechy charakteru zwiększają ryzyko zachorowania ze względu na to, że sprzyjają powstawaniu stresu fizjologicznego. Nie ukrywam, że książka dała mi do myślenia. Ludzie podatni na nadmierny stres według pana Maté to przede wszystkim tacy, którzy tłumią swoje uczucia, nie wyrażają potrzeb i emocji, wypierając je, nie są świadomi własnego gniewu, charakteryzuje ich posiadanie sztywnych zasad dotyczących moralności i postępowania, przedkładają dobro innych nad swoje własne w chorobliwy sposób oraz brakuje im umiejętności asertywnego odmawiania, przez co często pakują się w sytuacje i relacje, na które nie do końca mają ochotę lub wręcz nie chcą brać w nich udziału. Przez takie postawy ich niewyrażone potrzeby często bywają ignorowane, a łagodność wykorzystywana. Jeśli tego typu sytuacje piętrzą się w człowieku przez całe życie, to zaburzają wewnętrzną równowagę i działanie układu odpornościowego. Tworzy to środowisko sprzyjające rozwojowi chorób i zmniejsza szansę na naturalną, fizjologiczną obronę przed nimi. 

Brzmi to trochę jak szacher-macher, zwłaszcza, że jesteśmy przyzwyczajeni, co lekarz podkreśla również w książce, do tego, że ciało i psyche rozpatruje się najczęściej w medycynie w oddzielnych kategoriach. A na pewno działo się tak w czasach publikacji tej książki, której podejście do problemu było na tamten moment rewolucyjne (choć nie pionierskie). Chociaż nie brakuje publikacji naukowych dotyczących wpływu umysłu na ciało i odwrotnie, do których zresztą autor odwołuje się w swoim wywodzie, to nadal brzmi to dosyć magicznie. Zaskoczyła mnie refleksja, która przyszła do mnie w trakcie czytania, że nawet, jeśli jest się osobą niepijącą, niepalącą, dbającą o swoje zdrowie, ale narażoną na nadmierny stres, ma się w jakimś stopniu większą szansę zachorowania na raka niż osoba paląca, która tego typu stresu nie doświadcza. Oczywiście w grę wchodzi mnóstwo innych czynników. Upraszczam sprawę, żeby zachęcić was do sięgnięcia po pełną wersję lektury. Poza tym powiedzmy sobie szczerze – nie jestem lekarzem i moim zadaniem nie jest wyjaśnienie tych złożonych zależności. Raczej zachwyt tym, że ktoś potrafił to zrobić w taki sposób, że byłam w stanie ten naukowy wywód zrozumieć. 

No tak, ale czy jest to wyłącznie naukowy wywód, który tłumaczy nam fizjologiczne aspekty tworzenia się nowotworów, zasady działania choroby Alzheimera czy stwardnienia rozsianego? Otóż nie! Autor, ku mojej wielkiej socjologicznej radości, urozmaicił tekst o wywiady z pacjentami, których przez lata leczył. Były to osoby, które zapadły na wspomniane choroby, a czasem takie, które magicznie się ich pozbyły. Dzielą się historią swojego życia. Mamy mały wgląd w sesje terapeutyczne, bo moim zdaniem trochę taką funkcję pełnią te rozmowy. Lekarz pozwala sobie na interpretacje pewnych zdarzeń, o których opowiadają pacjenci, konfrontuje ich z oznakami wyparcia czy bagatelizowania wagi przeżyć, których doświadczyli i stara się uświadomić im, że może nie tędy droga. Część pacjentów obdarzyła się wyrozumiałością, jaką są w stanie obdarzyć innych, część zmarła nigdy tego nie doświadczywszy, a część nie ma zamiaru zmieniać stylu życia generującego nadmierny stres, nawet w obliczu największej tragedii, jaką jest zagrażająca życiu choroba. Mamy więc merytoryczne kąski, pisane z perspektywy eksperta zajmującego się na co dzień medycyną, mamy indywidualne historie pacjentów, które uzupełniają te trudne i naukowe fragmenty o pewien namacalny i uniwersalnie rozumiany aspekt, ale mamy także refleksje samego autora, który dzieli się również strzępkami swojej historii, przemyśleniami i przykładami własnych życiowych stresów. Jest to pełen pakiet, który zostawia z poczuciem „dowiedziałem się czegoś o świecie”, ale bez poczucia „przyswoiłem fakty”. Ciekawość zostaje zaspokojona właśnie dzięki temu wielowątkowemu potraktowaniu sprawy. Tak jak myślenie osobno o umyśle i ciele jest według autora dużym błędem, tak stworzenie książki, która byłaby suchą rozprawą o wpływie stresu na zdrowie, byłoby w mojej opinii nieudanym eksperymentem. Postać, jaką przyjęła ta książka, jest w mojej opinii kompletna. A przede wszystkim przystępna w odbiorze dla amatorów, zwykłych ludzi, a przecież o to chodziło – o wzbudzenie refleksji nad tym, co mogę zrobić dla siebie i swojego zdrowia.

Unikanie „toksyków” – o granicach słów kilka

W kontekście tej książki odnajduję jeszcze jedno połączenie. W dyskursie social mediowym, zwłaszcza tym pop psychologicznym, ostatnimi czasy dużo czytamy o „stawianiu granic”, „odcinaniu się od toksycznych ludzi” i „stawianiu na siebie”. Można by powiedzieć, że książka jest tej narracji w jakimś sensie bliska. Moim zdaniem jest jednak kilka subtelnych różnic. Po pierwsze odcinanie się od osób trudnych jest pewnym stanem wymarzonym. Oczywiście, jeśli mówimy o określonym typie relacji, jesteśmy w stanie postawić ścianę, zniknąć z czyjegoś życia, nigdy więcej nie trafić na tę osobę w naszej codzienności. Czasem pewnie dobrze jest to zrobić. Ale tego typu narracja jest prostym rozwiązaniem problemu, który prosty nie jest. Co z ludźmi „toksycznymi”, od których nie jesteśmy w stanie się odciąć? Z pracodawcami, współpracownikami, jednoklasistami*, pracownikami usług, rodziną (bo czasem opcja odcięcia się z różnych powodów nie wchodzi w grę)? Jest to szara strefa, w której też musimy umieć się poruszać. Wiedzieć, jak zadbać o siebie i „postawić granice”, jak się bronić, ale też jak nie przeszarżować i nie potraktować ozięble osób, wobec których granice postawiliśmy jednak w złym miejscu za sprawą buńczucznego poczucia „ja się liczę, muszę dbać o siebie, mam prawo postawić na swoim”. Jedną z zasad, która może być jakąś podpowiedzią na początek, była złota myśl zacytowana w książce, pochodząca od pewnego psychoterapeuty, którego słowa przywołuje autor: „Jeśli masz wybór między poczuciem winy a żalem, za każdym razem wybieraj poczucie winy”. Autor parafrazuje to jeszcze w następujący sposób: „Jeśli odmowa obarcza cię winą, a zgoda jest naznaczona żalem, wybierz winę. Żal zabija duszę”. Myślę, że jestem w stanie się pod tym podpisać. Jeśli coś nie generuje w nas żalu, prawdopodobnie nie przekroczyło naszych granic. Można się w takich sytuacjach zastanowić – chcę, czy nie chcę wyświadczać komuś tej przysługi. Jeśli jednak czujemy się niekomfortowo na myśl o zgodzie na coś, albo wiemy, że pozbawi nas ona czegoś ważnego i będziemy tego potencjalnie żałować, trzeba zmierzyć się z odmową i wynikającym z niej poczuciem winy, o wiele mniej niszczącym, niż wewnętrzne rozmycie ochronnych granic.

Warto się też zastanowić nad szybkim ocenianiem osób jako „toksycznych”. Przecież to też jest jedynie pewna interpretacja rzeczywistości. I co to w zasadzie znaczy? Brak jasno zdefiniowanego pojęcia prowadzi do wielu nadużyć (np. stawiania diagnoz narcyzmu przez osoby niekompetentne w temacie, którym „coś się wydaje”). Wzywam w tym miejscu do refleksji, takiej we własnym wnętrzu – gdzie są moje granice? I zanim zacznę na oślep stawiać je w świecie, dokładnie przemyśleć – jakie mam potrzeby, czego chcę, czego nie chcę i kim jestem. Nie trzeba będzie rzucać losowo kamieniami, jeśli będziemy mieć wokół siebie zdrowe, ochronne mury. 

Stres może być generowany również przez nadmierny perfekcjonizm – kiedy nie robimy czegoś, bo będzie to w naszej ocenie najwyżej mierne, kiedy nie potrafimy oddać kontroli i podzielić się odpowiedzialnością, bo ktoś to zrobi nie tak, jak powinien, kiedy wyręczamy innych, nie pozwalając się im uczyć na własnych błędach. W książce znajdziemy kilka osób, które zastygły w takim stanie umysłu i miało to wpływ na ich zdrowie. Oczywiście każdy powinien rozliczyć się ze sobą – czy to już zbędny i chorobliwy perfekcjonizm, czy należyte dbanie o jakość wykonania. Ja na pewno identyfikuję się z tym problemem. Nauczyłam się już nie kontrolować innych, ale nadal mam problem z odpuszczeniem samej sobie. Z trudnością przychodzi mi na przykład pisanie, mimo ogromnej satysfakcji, jaką z tego czerpię. Bo jeśli wiem, że nie napiszę czegoś doskonałego, to po co w ogóle zaczynać? I tak tkwię w tym limbo „nierobienianiczegoconiejestidealne”, a więc de facto nie robienia zbyt wielu rzeczy. Bo niby co doskoczy do konstruktu „idealności”? Walczę z tym. Jednym z przejawów praktykowania antyperfekcjonizmu jest utrzymanie się przy pomyśle prowadzenia tego bloga, choćby nie wiem, ile razy zwiało mnie z przysłowiowej planszy.

Dajmy sobie to, co dajemy innym

Ostatnią rzeczą, na którą zwrócę uwagę, jest zalecane przez lekarza w rozmowie z jednym z pacjentów praktykowanie umiejętności „traktowania siebie z wyrozumiałą uwagą”. O co chodzi? O wyrozumiałość wobec siebie, co najmniej tak dużą, jaką jesteśmy w stanie zaoferować innym ludziom. Postawa osób nadmiernie zestresowanych wiąże się z poświęceniem dla innych i surowością wobec samego siebie. W rozmowie autor zwraca się do jednego z pacjentów w następujący sposób: „Przeznaczasz mnóstwo energii na troszczenie się o innych i sporą część pozostałej zużywasz na samokrytykę. Bycie tak surowym wobec siebie wymaga wiele wysiłku”. Zostawiam to sobie tutaj, jako jedno z przesłań dla samej siebie. Życie jest wystarczająco energochłonne. Nie ponośmy nadmiernego kosztu samobiczując się każdego dnia. Czasem trzeba odpuścić. A jeśli praktykowanie samowspierania wyłącznie dla swojego dobra jest dla was niewystarczająco przekonywające, to książka niesie też groźbę – albo zaczniesz być dla siebie wyrozumiały, albo prawdopodobnie skończysz z rakiem. I choć nie pada to wprost, na mnie działa to motywująco. Mam nadzieję, że po przeczytaniu książki, na was zadziała równie intensywnie.

*Jednoklasiści – wprowadzam to słówko w obieg, bo jest idealne – inspiracja z języka ukraińskiego oznaczająca osoby z tej samej klasy w szkole; „koledzy z klasy” w języku polskim ma w mojej ocenie nacechowanie emocjonalne, a przecież nie musimy lubić tych ludzi tj. kolegować się z nimi)