
Jakiś czas temu zapragnęłam odświeżyć nieskończoną przeze mnie opowieść o genialnym młodzieńcu udającym kogoś, kim zawsze chciał być, bo parafrazując klasyka, znowu w życiu mu nie wyszło. Odnoszę się tu oczywiście do postaci Mike’a Rossa z serialu Suits w Polsce rozpoznawalnego również pod tytułem W garniturach. Poprzednio, czyli te niemal dekadę temu, przerwałam oglądanie w dość kulminacyjnym momencie, jaki stanowił sezon piąty (serial liczy ich sobie natomiast dziewięć). Zmotywowana ilością odcinków, które stanowiły idealną pożywkę dla prokrastynacji podczas pisania pracy magisterskiej, zasiadłam do seansu.
Emisja serialu przypadła na lata 2011-2019. Mamy więc 8 lat ewolucji scenariusza, bohaterów i co za tym idzie wartości prezentowanych przez produkcję. Nie jest moim celem tworzenie rozbudowanej analizy i interpretacji całości, bo uważam, że po pierwsze – kto chciałby to wszystko czytać, jeśli nie jest filmoznawcą, a po drugie – uważam, że dużo ciekawiej jest wydobyć pewną esencję i w obrobionej formie podać ją wam do refleksji, niż przygotowywać obszerny „cuś”, który w zasadzie można by przyswoić zamiast serialu (a wtedy jaka frajda pozostaje z samego procesu oglądania?).
Firma twoim drugim domem
Po obejrzeniu produkcji nasunęło mi się kilka refleksji, którymi chciałabym się podzielić. Po pierwsze serial jako całość jest z mojego punktu widzenia jednym wielkim peanem dla systemu, jakim jest kapitalizm. Nie wiem, czy znam inną produkcję, której tak przyświeca pochwała pracy jako nadrzędnego celu ludzkiego życia – w pracy znajdziesz spełnienie (satysfakcję z pokonania przeciwnika, zdobycia nowego, dużego kontraktu, czy zyskania renomy w branży), miłość (na różnych szczeblach i z różnym skutkiem oczywiście – może to być ktoś z pracy lub też ktoś, kogo poznasz dzięki pracy, jak na przykład klient albo inny interesant, który akurat będzie w pobliżu twojego miejsca wszechspełnienia) oraz przyjaźń (często są to relacje definiowane przez bohaterów jako rodzinne – współpracownicy to najbliższe osoby, co zresztą dziwnym nie jest, jeśli dla rodziny rozumianej jako osobna, pozapracowa sfera życia, czasu nie masz). Narracja jest taka, że najlepiej, jakbyś w robocie spędzał 24/7 – nie raz bohaterowie nocują w pracy i jest to przedstawiane jako absolutnie normalne, jeśli zachodzi taka potrzeba, bo przecież zlecenie jest duże i wymaga zaangażowania ponad siły. W zasadzie firma to ich drugi dom – trzymają w niej cenne przedmioty, jak na przykład urna z prochami, Harvey’owe piłki do koszykówki z podpisami gwiazd tegoż sportu, obrazy o znaczeniu sentymentalnym czy momentami nawet własne (tu już nie przedmioty oczywiście) zwierzęta. Ponadto niemile widziane jest przychodzenie późno. A późno oznacza oficjalną godzinę rozpoczęcia pracy. Jeśli nie jesteś w robocie co najmniej kilka godzin wcześniej, najlepiej przed wszystkimi, to znaczy, że ci nie zależy. Nie wybrzmiewa, żeby wiązały się z tym dodatkowe korzyści finansowe, czy że jest to rodzaj nadgodzin. Taka jest tutaj kultura i norma. Niedostosowanie się do niej grozi konsekwencjami w postaci zwolnienia, mimo że oficjalnie nie są to warunki, na które zgadzałeś się podpisując obowiązującą umowę o pracę. O ile są momenty, w których traktowanie w ten sposób asystentów (czyli pomiatanie nimi za niewywiązywanie się z przestrzegania niepisanych korporacyjnych norm lub niepozwalanie na pobieranie należnych dni wolnych od pracy) wybrzmiewa jako jednoznacznie złe, na przykład gdy przełożonego poniesie i zacznie się wydzierać na bogu ducha winnych podopiecznych, to całościowy podtekst jest taki, że wszyscy asystenci, którzy przedłożyli życie zawodowe nad prywatne, odnoszą sukcesy, a reszta to „pomywacze”, którzy nigdy niczego „wielkiego” nie osiągną. Bez poświęcenia „wszystkiego innego” nie ma kariery. Na szali kładziesz zdrowie, nie raz ryzykujesz pójściem do więzienia, byle dowieźć rezultaty – domknąć transakcję, zatrzymać klienta, wygrać sprawę w sądzie. Nie mogąc tego zaoferować jesteś zasadniczo nikim w świecie szklanych wieżowców i garniturów za kilka tysięcy dolarów.
Sukcesy odnosi się po trupach. Truchłach swoich własnych, pozapracowych potrzeb i pragnień, jak w przykładach opisanych powyżej; metaforycznych (a czasem nie) trupach swoich bliskich i zupełnie obcych ludzi. Liczy się wygrana. O ile narracja zmienia się z biegiem czasu, bo jeden z głównych bohaterów podejmuje refleksję nad swoim zachowaniem – chce czynić dobro i pomagać maluczkim, zamiast pracować na rzecz biznesowych rekinów, to większość produkcji jednak sukces = bezwzględność. Nie zarobisz zwracając uwagę na uczucia innych ludzi. Nie oglądaj się za siebie, działaj, kantuj, poruszaj się w szarej sferze litery prawa, a zajdziesz daleko. Życie jest tu, przy ziemi, a bohaterowie wolą być tu, ponad wszystkim, parafrazując powiedzonko i wymowny gest Harveya, poczyniony w jednym z pierwszych sezonów.
Alkohol – lek na całe zło
Oprócz wspomnianej pochwały dla pracy kosztem wszystkiego, w serialu bardzo uderzyła mnie normalizacja picia alkoholu. Przyjmuje on w produkcji rolę magicznie odstresowującej ambrozji. W jego towarzystwie najczęściej przechodzi się przez momenty potencjalnej porażki, znajduje się rozwiązanie problemu, ale też świętuje zwycięstwa. Bywa pity w towarzystwie, bywa pity w samotności. Niemniej stanowi nieodzowny element każdej sytuacji generującej stres czy ekscytację. Bohaterowie spożywają oczywiście alkohole dystyngowane, takie jak leżakująca przez wiele lat whisky czy brandy, które jak gdyby nigdy nic stoją w ozdobnych karafkach na stolikach wyposażających gabinety. Nie są wyciągane cichaczem z szafki, nie pije się ich z małpek schowanych za kapą kosztującej kilkadziesiąt tysięcy dolarów marynarki. Są dostępne, wręcz pożądane, stanowią wyposażenie biura. Alkoholem raczy się interesantów, klientów, a także współpracowników. Dzieje się to w ciągu dnia, wieczorami, podczas nocy spędzanych w biurze. O ile jeden z głównych bohaterów ma kierowcę i serial raczej nie raczy nas sytuacjami prowadzenia auta po spożyciu substancji psychoaktywnej, to problemu nie stanowi prowadzenie po wypiciu alkoholu rozpraw sądowych, czytanie dokumentów czy kontaktowanie się z klientami.
Serial w wielu momentach miesza życia prywatne z osobistymi. Mam poczucie, że celem było pokazanie, że te światy mogą się przenikać, funkcjonować w zasadzie jak jedno, bo po co komu rozdział pracy od życia osobistego. Taka logika wykorzystywana jest przez największych gigantów kapitalistycznego światka takich jak Google, który oferując miejsca relaksu, towarzyskich spotkań i opieki nad dziećmi w ramach swojego kampusu, próbuje w ten sposób zatrzymać pracowników jak najdłużej w miejscu pełnienia przez nich obowiązków. Nie będę w tym miejscu oceniać zalet i wad takiej praktyki, niemniej Suits utrzymuje, że jest to zjawisko pozytywne. Szef wymęczy cię do cna w ramach pełnionych przez ciebie obowiązków tak, że nie śpisz i ledwo widzisz na oczy, oczywiście wszystko dla korporacyjnego większego dobra, ale potem wpadnie do ciebie na godzinkę w środku nocy, żeby pomóc ci się zająć twoim wymagającym opieki noworodkiem. Oczywiście postać szefa jest postacią, którą wcześniej na przestrzeni wielu odcinków zdążyliśmy bardzo polubić, dlatego nie postrzegamy tej sytuacji jako czegoś niestosownego. Ale czy jest to stosowne? Chcielibyście przeżywać coś takiego w prawdziwym życiu?
Serial normalizuje z mojej perspektywy wiele zachowań, które mogą budzić wątpliwości. Bezrefleksyjna konsumpcja alkoholu, brak rozdziału życia prywatnego od zawodowego, poświęcenie jednostki dla zwycięstwa i wyższego dobra, jakim jest „firma” oraz spędzanie większości życia w miejscu pracy, które staje się centrum wszystkich ważnych wydarzeń. Nie zmienia to faktu, że ogląda się go bardzo dobrze – ciągle coś się dzieje, w napięciu kibicujemy sukcesom głównych bohaterów, ich relacjom, tworzącym się związkom, pokonywaniu „tych złych”. Zastanowiłabym się jednak nad kosztem, jakim to wszystko się odbywa. I czy jest to cena sukcesu, która powinna być czymś społecznie znormalizowanym. W ósmym sezonie serialu z ust jednego z bohaterów pada komentarz, że nie powinniśmy uczyć dzieci, jaki świat jest naprawdę, ale jaki powinien być. Tworząc tego typu produkcje uczymy czegoś pomiędzy tym, jaki jest świat i jaki świat być powinien. W Suits rzeczywistość to wieczna walka wilków z przesłaniem, że wygrywa najsilniejszy, więc – powinno się być najsilniejszym (rozumianym też jako najsprytniejszym, najtwardszym itd.). Momenty wrażliwości dopuszczane są tylko w chwilach, w których służą ugraniu czegoś albo przekonaniu drugiej osoby do zmiany jej postaw lub decyzji. Czy naprawdę w takim świecie chcielibyśmy żyć?