
Dostałam ostatnio pewną książkową polecajkę. Zostałam zapytana, czy mam ochotę na coś lekkiego. Zakończenie niekoniecznie podobało się osobie polecającej, ale całość zostawiła po sobie ponoć pozytywne wrażenie. Po ostatnich przygodach z literaturą naukową i popularnonaukową, moja odpowiedź mogła być jedna – oczywiście! Wręczono mi kolorową książkę. Napis na okładce głosił: Lekcje chemii. Opis z tyłu dał nadzieję, że będzie to książka z dużą ilością wątków feministycznych. Brzmi nieźle. Po pierwszym posiedzeniu, przy którym pochłonęłam kilkadziesiąt stron, zaczęłam się zastanawiać nad wrażliwością polecajkowiczki. Oto bowiem początek książki przedstawionej przez nią jako „lekka i przyjemna” zawierał opis napaści seksualnej. Później zresztą nie było lepiej – niebezpieczne wypadki, śmierć, zmagania z przemocą psychiczną, seksualną i ekonomiczną. Dopiero kończąc Lekcje chemii mogę zawyrokować, że jest to obyczaj o trudnych sprawach okraszonych dużą dawką czarnego humoru, który ma osłodzić niesmak, jaki zostaje po zapoznaniu się z przeszkodami, z jakimi musiały mierzyć się kobiety w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku.
Książka stanowi debiut Bonnie Garmus. Skrzydełko z krótkim biogramem autorki głosi, że jest kobietą z wieloma zawodowymi doświadczeniami, która dodatkowo spełnia się w roli matki, hobbystycznie wiosłuje i jest opiekunką psa o imieniu Dziewięćdziesiąt Dziewięć. Czytając bio już po zapoznaniu się z książką, dostrzegam inspiracje własnym dorobkiem w tworzeniu głównej postaci Lekcji chemii – Elizabeth Zott. Ona również jest doświadczona, pragnie rozwijać swoją karierę naukową, w późniejszym etapie zajmuje się w wolnym czasie wioślarstwem i ma psa o wdzięcznym imieniu Szósta Trzydzieści. W podziękowaniach na końcu książki znajdziemy wyrazy wdzięczności dla współtowarzyszy różnych pisarskich kursów, w których brała udział autorka powieści. Jestem przekonana, że wspomniane doświadczenia szlifowania warsztatu w dużej mierze przyczyniły się do tego, jak wciągającą książką są Lekcje chemii.
A wciągającą niewątpliwie są, bo była to jedna z książek, którą pomimo jej objętości (457 stron, nie licząc wspomnianych podziękowań), udało mi się skończyć w trzy dni. Poczucie humoru, o którym zostałam zapewniona przez osobę polecającą, po pierwszych stronach zostawiło mnie z odczuciem konsternacji. Po scenie molestowania seksualnego musiałam odłożyć książkę i chwilę popatrzeć w sufit zastanawiając się nad tym, czy to na pewno jest poczucie humoru, na jakie jestem gotowa. Kiedy stwierdziłam, że owszem, książka zaskoczyła mnie kolejnym nieprzyjemnym zwrotem akcji. Jeśli lubicie czuć się dziwnie oszukani przez rodzaj humoru, jaki książka oferuje, to serdecznie polecam wam doświadczyć zapoznawania się z tą właśnie pozycją. Poza interesująca fabułą i wartko płynącą akcją znajdziemy tu bardzo dobrze napisane dialogi. Rozmowy postaci są pełne anegdot, komicznych puent lub wyjątkowo ciętych ripost. Sposób, w jaki Elizabeth Zott jako gwiazda kulinarnego programu telewizyjnego opowiada o chemii, jest tak przejrzysty, że nawet osoby niezainteresowane tą dziedziną będą w stanie w pełni zrozumieć przekaz. Ufam też, że ma on charakter popularnonaukowy, ze względu na fragment w podziękowaniach, który sugeruje, że nastąpiła konsultacja opisanych przez Bonnie Garmus treści z rzeczywistą naukowczynią, biolożką dr Mary Koto, weryfikującą przytaczane fakty.
Sprawcze bohaterki kontra rzeczywistość
W trakcie opowieści poznajemy profile wielu kobiet, które choć zupełnie różne, łączy jedno – doświadczyły takiego czy innego typu przemocy seksualnej. Jeśli ktoś z was miał okazję oglądać netflixową produkcję Sex Education, która dotyczy czasów nam współczesnych, a nie jak w Lekcjach chemii lat pięćdziesiątych, tam również w jednym z odcinków pada podobna konkluzja. Bohaterki próbują znaleźć wspólną płaszczyznę, coś, co łączy je wszystkie, mimo różnic w wyglądzie, klasie społecznej, z jakiej się wywodzą, statusie materialnym, kapitale kulturowym i społecznym oraz zainteresowaniach. Jedyną taką rzeczą, którą udaje im się ustalić, jest właśnie doświadczenie molestowania seksualnego. Trochę smuci wniosek, że książka o przeżyciach kobiet w latach pięćdziesiątych może być tak aktualna również teraz.
Wracając jednak do Lekcji chemii – bohaterki drugoplanowe nie pozostają jedynie papierowymi postaciami. Mimo, że może nie kibicujemy im tak silnie jak poczynaniom naszej protagonistki Elizabeth Zott, to dalej są one sprawcze. Nie stanowią jedynie tła, krótkich, smutnych historii z marginesu. Dzięki nim znacząco zmienia się fabuła. Ewoluują one również na naszych oczach – najlepszym przykładem jest panna Frask. Poznajemy ją jako sekretarkę z działu kadr o aspiracjach psycholożki, która krzywo patrzy na Zott, a jej mało przyjemne usposobienie najwidoczniej wynika głównie z zazdrości. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się więcej o jej historii i motywacjach. Ponadto znacząco wpływa ona na losy Zott w późniejszym etapie książki.
Sama Elizabeth Zott jest genialną chemiczką, która ze względu na społeczne uwarunkowania nie jest w stanie rozwijać swojej kariery naukowej na poziomie doktoratu. Trafia po studiach drugiego stopnia do Instytutu Badawczego Hastings, w którym zajmuje podrzędne stanowisko. Wykonuje często pracę naukową za swoich kolegów z doktoratami, którzy całość zasług przypisują sobie. W tym miejscu spotyka okrzykniętego mianem geniusza Clavina Evansa, który mimo złego pierwszego wrażenia okazuje się miłością jej życia. Jeśli boicie się ckliwego romansu, uprzedzam – nie musicie. Wątek romantyczny jest tutaj istotnym elementem dla rozwoju fabuły, jednak z pewnych przyczyn nie przeważa. Relacja bohaterów, pomimo okresu historycznego, w którym przyszło im żyć, stara się być relacją partnerską. Obserwujemy więc związek dwóch osób, który nie jest charakterystyczny dla oper mydlanych z lat pięćdziesiątych. Elizabeth Zott twardo stąpa po ziemi, jest feministką, która nie chce zmieniać nazwiska, czy w ogóle pakować się w jakiekolwiek niekonieczne do wspólnego życia zobowiązania.
Jeśli tkwicie aktualnie w kryzysie czytelniczym, a nie macie obiekcji przed czytaniem o codziennej walce z trudnościami, z którymi musiały mierzyć się kobiety w czasie, w którym rozgrywa się akcja książki i potrzebujecie się pośmiać, ale nie z totalnych głupot, to jest to pozycja idealna. Lekcje chemii zostawią was z kilkoma refleksjami, czasem przejdzie wam po plecach dreszcz, czasem łza się w oku zakręci, czasem wybuchniecie na głos śmiechem. Jest to idealna książka na przełamanie czytelniczego impasu. Daje rozrywkę, ale niebanalną; nie taką, po której strawieniu czujecie się winni. Dowiecie się czegoś o chemii na ten przykład. Łączy przyjemne i zabawne z pouczającym i pożytecznym, co według mnie jest wystarczającym argumentem, żeby dać jej szansę.