
To były trudne i stresujące miesiące. Zbliżająca się obrona pracy magisterskiej, zwroty akcji w życiu osobistym. Humor niezmiernie poprawiały mi jednak dwie przyjaciółki, których perypetie w formie serialu oglądałam u schyłku kalendarzowego lata. Grace & Frankie, produkcja dostępna w serwisie Netflix, działa na złe samopoczucie jak ciepły kocyk czy kubełek lodów. Człowiek się pośmieje, czasem wzruszy i poważnie zastanowi nad swoimi priorytetami, a przede wszystkim zda sobie sprawę z tego, że życie nie kończy się wtedy, kiedy wydaje nam się, że tak jest.
Przeciwieństwa się przyciągają
Serial opowiada o dwóch kobietach po siedemdziesiątce, które pewnego dnia podczas wspólnego wyjścia do restauracji z małżonkami dowiadują się, że ich mężowie od lat mają romans. Mężczyźni porzucają swoje żony, by zacząć praktykowane w zasadzie od dawna w ukryciu wspólne pożycie w wersji sformalizowanej. Jak to wpłynie na kobiety, które w zasadzie nie za bardzo się polubiły przez te lata bliskiego kontaktu ich rodzin? Po pierwsze obie wpadają na ten sam genialny plan – wyprowadzić się do letniskowej posiadłości nad morzem, którą pary współdzieliły przez lata. Niejako skazane na swoje towarzystwo, złączone niewyobrażalnie mało prawdopodobnym przeżyciem, powoli zaczynają się na siebie otwierać. Są jak ogień i woda. Grace to kobieta z klasą, która od podstaw zbudowała własną firmę kosmetyczną przekazaną jednej z córek wraz z przejściem na emeryturę. Mimo problemów ze stawami nie rezygnuje ze szpilek. Ponadto nawet w dni niepracujące nie unika garsonek i eleganckich koszul. Jest stanowcza, chłodna i rzadko bywa wrażliwa czy szczera. W wolnych chwilach popija martini z oliwkami, które pomaga ukoić jej wiecznie zszargane nerwy. Kobieta posąg o ciętym języku, z którą rzadko kto chce rywalizować. Mamy też Frankie, niespełnioną artystkę zainspirowaną w swoim ubraniowym stylu duchem lat sześćdziesiątych. Kobieta stawia na bliskość, komunikację i we wszystkim stara się dostrzec magię (lub co najmniej teorię spiskową). Jest nieodpowiedzialnym lekkoduchem, który podąża za głosem serca, nie rozsądku. Często prowadzi to do wielu komicznych sekwencji wydarzeń. Żyje w świecie idei, nie zawsze twardo stąpając po ziemi. Ufa własnym instynktom i intuicji. Dwóch adoptowanych synów kocha całym sercem, stanowiąc przykład modelu macierzyństwa, jakiego nie praktykowała Grace.
O czym w zasadzie jest ta opowieść, oprócz tego, że stanowi historię barwnych postaci ze skandalem w tle? Przede wszystkim o przyjaźni jako relacji priorytetowej w stosunku do więzi o charakterze romantycznym. Duża część popkulturowych tworów daje nam do zrozumienia, że druga połówka może być nią tylko, jeśli kocha w sposób, któremu towarzyszy popęd seksualny. A jednak miłość czy idea bratniej duszy niejedno ma imię. Grace i Frankie są tego idealnym przykładem. Ich planety krążą wokół siebie w niesamowitym tańcu – raz pędzą po orbitach oddalając się od siebie, to znów lgną ku sobie, bo taka jest naturalna kolej rzeczy. Doceniają się, wspierają, czerpią garściami ze swoich doświadczeń. W fabule jest oczywiście miejsce na obserwowanie satysfakcjonujących relacji romantycznych, choćby tej, którą śledzimy oglądając perypetie mężów głównych bohaterek czy związki tworzonych przez ich dzieci. Mamy jednak jasną informację, że nie wszystko jest trwałe, różnie w życiu bywa, ale prawdziwa bliskość (w postaci przyjaźni, rodziny) przetrwa próby.
Starsza kobieta i…może!
Wątki romantyczne dotyczące naszych głównych bohaterek również się pojawiają. To nie tak, że zostały na siebie skazane i stąd ta wspaniała przyjaźń, której w zasadzie by nie było, gdyby miały kogoś do kochania. Bo mają. Obserwujemy rozwój ich życia erotycznego, kolejnych partnerów, mężów. Serial daje znać „hej, życie nie kończy się po siedemdziesiątce”, „romans może rozkwitnąć w późnym wieku” i „bycie starszą kobietą nie dyskwalifikuje z posiadania potrzeby bliskości i seksu”. Rzadko spotykam się z tego typu podejściem w tekstach kultury. Młode kobiety to kochanki, partnerki, kandydatki na żonę – starsze prezentowane są w roli mądrych czarownic, wiedźm z krzywymi nosami zamkniętych w chatce na skraju lasu, babć opiekujących się z miłością wnuczętami czy schorowanych mam szydełkujących w bujanym fotelu pod okiem zapracowanych i zabieganych dorosłych dzieci. Nikt nie mówi o potrzebach starszych kobiet. O tym, że mogą być kimś więcej, nie muszą jedynie odgrywać nadanej im przez społeczeństwo roli i nie ma w tym absolutnie nic złego, nie jest to nienaturalne i sprzeczne z niepisanym prawem. Główne bohaterki pokazują to swoimi postawami i stylem życia, ale też mówią o tym otwarcie – podejmują się biznesowych działań powiązanych z walką z uprzedzeniami dotyczącymi ich wieku. Nie są jednak niezniszczalne – serial nie próbuje nam wmówić, że po siedemdziesiątce możesz dalej żyć tak, jak po dwudziestce. Widzimy ich zmagania z codziennością naznaczoną upływającymi latami – problemy z poruszaniem się, bólami i innymi przypadłościami podeszłego wieku. Nie dostajemy więc przekłamanego obrazka pod tytułem „możesz wszystko”, tylko pełne spektrum wizji życia starszych kobiet – od wzlotów po upadki, od śmiechu po łzy, od wytrwałości po bezbronność. Takie przedstawienie chwyta za serce, jednocześnie dając nadzieję – nie muszę się martwić upływającymi latami. Przyniosą one dużo problemów, ale też dystansu i doświadczenia. I na pewno nie są końcem życia, a tym bardziej świata.
Ogromną rolę pełnią również postacie drugoplanowe. Dzieci bohaterek, czyli dwie córki Grace i dwóch synów Frankie, są naprawdę dobrze napisanymi rolami. Widać wpływ matek na ukształtowanie ich charakterów. Są wielowymiarowi, nawet przy tak mocnych osobowościach, jakimi są Frankie i Grace; są sprawczy, mają własne historie, własną agendę. Czasem ratują sytuację, czasem doprowadzają do małych tragedii. Bardzo interesująco ogląda się również rozwój relacji Roberta i Sola – dwóch mężczyzn, decydujących się na coming out i stworzenie nowej relacji małżeńskiej po siedemdziesiątce. Taki motyw także nie pojawia się w popkulturze zbyt często, a doskonale wiadomo, jak istotna jest reprezentacja w tekstach kultury. Dopiero widząc, że coś jest w jakiś sposób normalizowane, jesteśmy w stanie wyjść poza schematy myślenia narzucone przez wpajane nam normy społeczne. Daje to odwagę do bycia sobą.
Serial polecam wszystkim tym, którzy nie wierzą w bratnie dusze w wersji przyjacielskiej i chcą zmienić swoje zdanie. A także tym, którzy lubią się pośmiać i powzruszać w tym samym czasie. Jeśli przy okazji nie macie zbyt wielu doświadczeń w oglądaniu przygód szalonych siedemdziesięciolatek, to jest to produkcja idealna. Zwłaszcza na jesienne, pełne chandry wieczory, którym brakuje ciepła i światła – tu znajdziecie to wszystko i jeszcze więcej.